Habemus Papam – mamy papieża. Recenzja

Habemus Papam” nie jest filmem o papieżu. Jest filmem o człowieku, na którego nałożono zbyt ciężkie brzemię i który w najbardziej ludzki z możliwych sposobów próbuje się uchylić od konsekwencji sprawowania dożywotnio tak ważnej funkcji.

Odważny i przewrotny film Nanni Morettiego łamie konwenanse, kpi z osiągnięć psychoanalizy i nie boi się bez ceregieli wejść z kamerą do watykańskiej sali, w której trwa obwarowane tajemnicą konklawe. „Habemus Papam – mamy papieża” to obraz mocny, wręcz dosadny, ale również nieprawdopodobnie subtelny i inteligentny. To pierwsze w historii kina spojrzenie na urząd papieża nie z uniżonej perspektywy pokornego syna Kościoła, ale przenikliwego obserwatora-humanisty, który uświadamia sobie i nam, że na stolicy Piotrowej zasiada po prostu człowiek.

Jeden z polskich biskupów skarżył się ostatnio, że Kościół stał się powszechnie „chłopcem do bicia”. Być może jest w tym trochę racji: politycy, którzy samozwańczo określają siebie mesjaszami lewicy, obrazoburcze i niesmaczne akcje artystyczne i ciągle aktualna dyskusja o in vitro i aborcji na pewno Kościoła nie oszczędzają i muszą mu działać na nerwy, nie zawsze w szczytnych celach. Wyjątkowo drażliwym tematem jest beatyfikacja Papieża-Polaka, bez wątpienia jednego z największych autorytetów w historii świata, bo, o ile nikt z nas nie odważy się kwestionować jego zasług, o tyle atmosfera kościelnego odpustu, która zapanowała tuż przed beatyfikacją w niektórych mediach i środowiskach, wielu zdążyła zmęczyć na długo przed całą uroczystością. Dlatego w każdym rodziła się wątpliwość, czy „Habemus Papam” nie będzie kolejną pełną oczywistości produkcją o fenomenie polskiego Pielgrzyma. Całe szczęście Moretti nie tylko tworzy historię fikcyjną i oszczędza nam oczywistości, ale proponuje oryginalny obraz z zupełnie innej niż dotychczas perspektywy, z dużą dozą ciepła, ironii i zbawiennego dystansu, choć nie brakuje w nim momentów cierpkich.

Po śmierci poprzedniego papieża, umiłowanego przez ludzi i zasłużonego podczas długiego pontyfikatu, zbiera się konklawe. Nowy namiestnik (Michele Piccoli) Kościoła, po zaskakującym wyniku głosowania, ma powitać wiernych, którzy czuwają przed papieską siedzibą od wielu dni. Niespodziewanie w pełnym pokory słudze Bożym budzi się potężne zwątpienie: nie jest w stanie pobłogosławić wiernych. Kardynałowie modlą się za niego, papież prosi o czas na przemyślenia, ale wierni wciąż czekają. Rzecznik stolicy apostolskiej (ciekawa rola Jerzego Stuhra) odchodzi od zmysłów, żeby tylko sztucznie wydłużyć czas sediswakancji i wreszcie namówić jego świętobliwość do posłuszeństwa wobec Boga i Kościoła. W tym celu sprowadza nawet do Watykanu psychoanalityka-ateistę. Nowo wybrany papież nadal uważa się za tak niegodnego wykonywania powierzonej mu roli, że zwyczajnie ucieka z Watykanu. Poszukuje spokoju i zwyczajnego, szarego i nudnego życia, z dala od dożywotnich obowiązków i potężnej odpowiedzialności za Boży lud. Fakt ucieczki nowego następcy świętego Piotra utrzymywany jest w tajemnicy, co uruchamia całą teatralną machinę kościelnej pogoni za realizacją wielowiekowej tradycji. Złamanie obowiązujących zasad grozi bowiem międzynarodowym skandalem i poważną skazą na śnieżnobiałych szatach stolicy Watykanu.

Wbrew pozorom celem Morettiego wcale nie jest stworzenie ani kpiącego, ani obrazoburczego obrazu skrojonego na miarę naszych postmodernistycznych czasów. Daleki jest również od palącej i zjadliwej krytyki kościelnych procedur, niemniej wytyka je dosyć dosadnie, choć elegancko i słusznie. Oswaja klaustrofobiczną i pełną wystudiowanej teatralności atmosferę zgromadzenia, nie szczędząc jednak poszczególnym bohaterom ciepłego uśmiechu pobłażliwości. Kardynałowie, „uwięzieni” w Watykanie do czasu odnalezienia uciekiniera, muszą sobie jakoś zorganizować czas, a niepodobna spędzać go na nieustannych modłach i smakowaniu cudów apostolskiej kuchni. Psychoanalityk (reżyser we własnej osobie) organizuje więc kardynałów w drużyny sportowe i rozgrywa międzynarodowy turniej siatkówki. Kardynałowie nie stronią również od gier karcianych i małych przyjemności, które, choć grzeszne, potwierdzają tylko ich przynależność do Bożego ludu.

„Habemus Papam” nie jest filmem o papieżu. Jest filmem o człowieku, na którego nałożono zbyt ciężkie brzemię i który w najbardziej ludzki z możliwych sposobów próbuje się uchylić od konsekwencji sprawowania dożywotnio tak ważnej funkcji. Nagle, w jednej chwili uświadamia sobie, że zdecydowanie za mało jeszcze przeżył, a (paradoksalnie) zbyt wiele ma do stracenia, zyskując miano Ojca Świętego, a tracąc prawo do zwyczajnej ludzkiej wolności i prawa do słabości. Spacer po Rzymie wśród muzykujących młodych ludzi, podróż autobusem, smak gorącej bułki w piekarni nad ranem – to wszystko odkrywa niedoszły papież, podczas gdy stolica apostolska drży od modłów w posadach.

Morettiemu można zarzucić zbytnią infantylizację obrazu Kościoła, wielość uproszczeń i cukrowanie instytucji. Jego celem było jednak skupienie na postaci papieża-człowieka: targanego wątpliwościami i sprzecznościami, z syndromami zdiagnozowanego niedoboru opieki rodzicielskiej (sic!) i głową pełną marzeń i choć jednym występie na deskach teatru. Właśnie dzięki ludzkiej i pełnej ciepła perspektywie Moretti pokazuje nam obraz zaskakująco szczery, boleśnie przenikliwy i, mimo wszystko, dosyć kontrowersyjny, bo wcale nie ucieka od słów krytyki wobec skostniałych kościelnych procedur, ale do końca skupia się na postaci człowieka.

Włosi, prawdopodobnie pod wpływem słońca, zachowują zdrowy dystans wobec sacrum, ale, nawet w obliczu nieobliczalnego Berlusconiego, potrafią nie popaść w skrajności. „Habemus Papam” jest na to najdoskonalszym dowodem, a jednym zdaniem ten wzruszający obraz można określić mianem filmu o papieżu, który odważył się pozostać człowiekiem.

Habemus Papam – mamy papieża, reż. Nanni Moretti, scen. Nanni Moretti, Francesco Piccolo, Federica Pontremoli, muz. Franco Piersanti, wyst. Michel Piccoli, Nanni Moretti, Jerzy Stuhr, Renato Scarpa, Włochy – Francja 2011.